Odwiedzin 34918265
Dziś 4283
Poniedziałek 23 maja 2022

 
 

Gdzie spojrzę dokoła dżungla

 
 

Tekst: Paweł Dąbrowski
Foto: Krzysztof 'Marian' Marianiuk

2003.04.20
 


Autor w samym jądrze ciemności.

Fotograf z kamerą wśród zwierząt.


Sześć dni w dżungli, spanie w namiotach, podróżowanie łodzią po rzece, spacery po lesie, tysiące ptaków i zwierząt - czy można się oprzeć takiej przygodzie? Cena wycieczki trochę odstraszała, ale jak często ma się w końcu szansę zobaczyć prawdziwą amazońską dżunglę? Po krótkiej dyskusji podjęliśmy z Krzysiem decyzję: jedziemy! Ktoś nas kiedyś ostrzegał, że przy wyprawach do dżungli najlepsze są pierwszy i ostatni dzień - pierwszy, bo nareszcie się tam jest i ostatni, bo wreszcie można stamtąd wyjechać. Wtedy się tym jednak nie przejmowaliśmy. Znaczenie tej przestrogi mieliśmy poznać dopiero kilka dni później. Zaczęło się jednak całkiem fajnie...

Dzień 1 - zmiana klimatu i ostatnie zimne piwo

Aby dostać się do Parku Narodowego Manu, celu naszej wyprawy, musimy się najpierw przedostać na drugą stronę Andów. Droga z Cusco wspina się zboczami gór na wysoką przełęcz, skąd prowadzi prawie 4000 m w dół. Przełęcz i okoliczne góry spowite są w gęstej mgle. Jedziemy w dół niekończącymi się serpentynami i w sumie cieszę się, że tak mało widać, bo kilkusetmetrowa przepaść zaczyna się tuż przy krawędzi drogi. Klimat zmienia się w niesamowitym tempie - u góry, na przełęczy, było zimno i padał deszcz. Teraz, po godzinie jazdy w dół, temperatura się podniosła, zaczyna się robić wilgotno i parno. Jedziemy zboczami niesamowicie zielonego kanionu. Gdzieniegdzie spomiędzy drzew tryskają wodospady, drogę co chwila przecinają strumienie, a w powietrzu latają egzotyczne ptaki.



Drogę co chwila przecinają strumienie.

Pierwszą noc spędzamy w drewnianych domkach w miasteczku Pilcopata. Tu już nie można mieć wątpliwości, że jesteśmy na skraju największej dżungli na świecie. Jest parno i duszno, ale na szczęście piwo podają prosto z zamrażarki. Pijemy je jakby na zapas - Pilcopata jest ostatnią wsią z elektrycznością na trasie naszej wyprawy, tak więc możemy zapomnieć o czymkolwiek zimnym przez następnych kilka dni. Około drugiej w nocy, tuż pod naszym oknem rozpoczyna się koncert żab. Ich rechot, lub raczej wycie, jest tak straszne, że dźwięk jakby pulsuje mi w uszach i gdyby nie zatyczki z pewnością zapadłbym w jakąś hipnotyczną śpiączkę i już się nie obudził.

Dzień 2 - pierwsze kroki po dżungli

Z entuzjazmem przesiadamy się z samochodu do łódki. Nareszcie koniec cywilizacji! Łódka jest prosta, ale w miarę wygodna. Ma około dziesięciu metrów długości i jest prawie w całości zadaszona. Siedzenia pochodzą z odzysku po jakimś zdezelowanym autobusie, ale są wygodne i dają się rozkładać. Oprócz naszej dziewięcioosobowej grupy płyną z nami przewodnik, kucharka i dwóch gości "od wszystkiego". Po załadowaniu naszych bagaży, jedzenia, paliwa i kilku dwudziestolitrowych baniaków z wodą pitną, ruszamy. Krzyś z błyskiem w oczach robi zdjęcie za zdjęciem. Ja też, choć dobrze wiem, że wszystkie będą takie same.



Nasza łódka.

Z poziomu rzeki nie widać specjalnie dużo - tylko drzewa, krzaki, liany i bambusy. Nasz przewodnik Arttu (Fin z pochodzenia, Peruwiańczyk z wyboru) co chwila pokazuje nam różne ptaki i rośliny. Bogactwo fauny jest rzeczywiście zadziwiające. Po drzewach skaczą małpy, nad nami latają egzotyczne ptaki - głównie kolorowe papugi ary, a na brzegach rzeki wylegują się leśnie świnie.

Zatrzymujemy się w małej wiosce Boca Manu. Położona w samym sercu dżungli, na skrzyżowaniu dwóch rzek, składa się jedynie z kilku drewnianych domków przykrytych trzciną. Co ciekawe, w prawie każdym jest sklep. To tu przyjeżdżają na zakupy indianie z okolicznych leśnych plemion. Jest środek dnia i z nieba leje się zabójczy żar. Wszyscy siedzą w cieniu, sączą piwo lub coca-colę i opędzają się od much. Do Boca Manu można dostać się jedynie łódką lub samolotem. Położony nieopodal pas startowy był przez lata wykorzystywany do eksportu lokalnie produkowanej kokainy. Czasy się jednak zmieniają i największy miejscowy handlarz narkotyków z "tamtych czasów" już za kilka dni ma szanse wygrać lokalne wybory i zostać sołtysem.



Nareszcie trochę cienia.

Dzisiejszą noc spędzamy w bazie turystycznej nieopodal Boca Manu. Po rozlokowaniu się w naszych domkach nadchodzi czas na pierwszy spacer po dżungli. Arttu przed wyjściem uspokaja nas - Nie macie się czego bać. Uważajcie tylko gdzie stąpacie i czego dotykacie. Pół godziny później wracam z powrotem do obozu pełen wątpliwości co do dalszego pobytu w dżungli. "Plon" tych trzydziestu minut przeszedł moje oczekiwania. Już po pięciu minutach spaceru natknęliśmy się na małego węża boa wiszącego na krzaku przy ścieżce. Chwilę później pod nogami przebiegł nam włochaty pająk wielkości dużego owocu kiwi. Dwudziestocentymetrowy patyczak "wyrastający" z przydrożnego krzaka nie zrobił już na nas po tym wszystkim specjalnego wrażenia. Przed pójściem spać uspokajam nerwy ciepłym piwem, które kupiłem wcześniej w Boca Manu.

Dzień 3 - hipnotyczna podróż i nocny spacer

Rano gruntownie wytrzepuję buty - wspomnienie pająków i węży długo nie dawało mi zasnąć. Błysk entuzjazmu w moich oczach przygasa nieco, gdy uświadamiam sobie, że na dworze jest już gorąco jakby było południe, mimo że nie ma jeszcze siódmej rano.



Indianie w Boca Manu też poruszają się łodziami.

Moje wilgotne od potu ubrania w ogóle przez noc nie przeschły co też nie polepsza mi humoru. Prawdę mówiąc nie próbowałem ich nawet suszyć, gdyż Arttu ostrzegał nas przed tornillo, czyli owadem śrubą. Tornillo bardzo lubi składać jaja w wywieszonych na noc wilgotnych ubraniach. Kiedy takie jajo spadnie na ludzką skórę, wwierca się pod nią i zaczyna rozwijać w owada. W sumie nic groźnego - owad rozwija się tuż pod skórą i po jakiś czterdziestu dniach po prostu wyfruwa na zewnątrz. Groźnie czy nie, wolę nie próbować i pozwalam wilgotnym koszulom i skarpetkom kisić się w plastikowych torbach.

Już drugi dzień płyniemy w górę rzeki. Czas upływa bardzo wolno i czasami jest wręcz trochę nudno. Brunatna rzeka i ściana zieleni mają na mnie lekko hipnotyczny wpyw. Co chwila z niepokojem wypatruję nadlatujących helikopterów i zastanawiam się czy rano obudzi mnie zapach napalmu. I do tego ten ukrop! Póki płyniemy owiewa nas chłodny wiatr i daje się żyć. Gdy stajemy dopada nas gorące powietrze i momentalnie zaczynamy się pocić.




Ściana zieleni i brunatna woda mają na mnie hipnotyczny wpływ.

Po południu dopływamy do obozu, gdzie mamy spędzić najbliższe trzy noce. Namioty rozbijamy w środku lasu na zadaszonych drewnianych platformach jakieś pół metra nad ziemią. Oprócz platform, w obozie są także stołówka z kuchnią, toalety i prysznic. Według broszurki informacyjnej miała być bieżąca woda, ale niestety w ciągu ostatniego tygodnia obóz nawiedziła mała powódź, po której pompa znalazła się pod dwoma metrami błota. Ale po co nam prysznic - w końcu nie przyjechaliśmy tu dla luksusów, no nie?

Idziemy na kolejny spacer po dżungli, tym razem do położonego nieopodal jeziora. Aż trudno uwierzyć, że za ścianą zieleni widzianej z poziomu rzeki, chowa się prawie zupełnie martwy las. Gęste korony drzew nie przepuszczają prawie w ogóle światła dziennego co sprawia, że pomiędzy drzewami rośnie niewiele, a ściółka składa się jedynie z brunatnych gnijących liści. Dżungla wygląda najlepiej z tarasu widokowego na szczycie chwiejącej się wieży obserwacyjnej stojącej na brzegu jeziora. Tu, piętnaście metrów nad ziemią, jesteśmy jakby po środku zielonego morza i bez przeszkód możemy zachwycać się roślinnością i podglądać liczne ptaki i zwierzęta. Jak zwykle, nie obywa się bez niespodzianek. Kłoda, którą wypatrzyłem po środku jeziora okazuje się być kajmanem, czyli południowoamerykańskim krokodylem. Arttu wyjaśnia, że oprócz krokodyli, w jeziorze żyją także piranie. Marzenie o orzeźwiającej kąpieli ulatnia się równie szybko jak spłoszony przez krokodyla żuraw.



Zachód słońca nad jeziorem.

Ze spaceru wracamy już po zapadnięciu mroku. Chodzenie w nocy po lesie tropikalnym jest niezapomnianym przeżyciem. Otoczenie staje się jeszcze bardziej klaustrofobiczne niż za dnia. Jedynym źródłem światła (nie licząc świetlików) są nasze latarki, w których świetle najmniejszy pająk wygląda jak tolkienowska Szelob, a nadlatujące owady potrafią przestraszyć nawet tych o najmocniejszych nerwach. Wszyscy z niepokojem wpatrujemy się w ciemność zastanawiając się, co może wyskoczyć zza następnego drzewa. Jedynie wiecznie wyluzowany Arttu niestrudzenie wymachuje latarką, kierując światło na coraz to nowe pająki, żaby i robaki.

Dzień 4 - depresja i straszne swędzenie

Kolejna pobudka przed wschodem słońca. Każdego dnia Arttu budzi nas coraz wcześniej na podpatrywanie życia dżungli, które jest najbardziej aktywne o świcie i zmierzchu. Entuzjazm Krzysia jakby trochę przygasał. Wciąż cały czas fotografuje, ale wydaje mi się, że robi to zupełnie mechanicznie i jakby z obowiązku. Nie interesują go ani ptaki, ani małpy a do tego jeszcze jakby stracił apetyt. Tak chciał przyjechać do tej dżungli a teraz jakby stawał się powoli swoim własnym cieniem. Na szczęście znajduję w plecaku paczkę sezamków. Jak niewiele czasami trzeba, aby odzyskać humor!



Kto potrzebuje prysznic kiedy można się wykąpać w kałuży?

Powoli przyzwyczajamy się do gorąca i wilgoci. Owszem, jest to męczące, ale nie to jest w dżungli najgorsze. Nagroda dla najbardziej wykańczającego elementu dżungli należy się wszechobecnym komarom.

Jednym z niewielu sposobów na ograniczenie skuteczności ataków tych latających wampirów jest kąpiel w środkach przeciwkomarowych, wszyscy używamy ich w dużych ilościach. Kiedy idziemy przez dżunglę, niesiemy ze sobą chmurę zapachów najróżniejszych środków i byłbym się w stanie założyć, że naszą grupę czuć przynajmniej na kilometr jeśli nie dalej. Oprócz całej tej naszej gamy środków, dżungla też ma swój własny sposób na komary. Miąższ owocu whito ma mianowicie własności odstraszające te bestie. Należy posmarować nim odkryte części ciała i ma się zapewnioną ochronę na przynajmniej tydzień. Jest jednak pewien efekt uboczny - skóra posmarowana miąższem robi się czarna jak smoła na czas działania środka. Mimo chęci spróbowania czegoś nowego (nasze środki nie są specjalnie skuteczne), postanawiamy nie ryzykować i ubieramy się w ortalionowe kurtki przeciwdeszczowe, które są zbyt grube na żądła komarów, a których jedynym efektem ubocznym jest wzmożone pocenie się.



Normalnej wielkości drzewo.

Komarami nie przejmuje się tylko Arttu - nasz przewodnik. Jak sam mówi, będąc w dżungli co drugi tydzień, z pewnością dostałby raka skóry od jakichkolwiek środków. Komary siedzą cały czas na jego rękach i trudno mi się skoncentrować na tym, co mówi, kiedy sobie wyobrażę jak go muszą swędzieć. Na pytanie, dlaczego ich nie odgoni, odpowiada z prawdziwie fińskim spokojem - Jestem przewodnikiem i nie wypada mi cały czas machać rękami jak wy...

Dzień 5 - zmienne humory i ludożercy

Kolejna noc w namiotach i jeszcze wcześniejsza pobudka. Wszędzie pełno robactwa, wody, roślin, gorąca i wilgoci. Jesteśmy coraz bardziej zmęczeni i podirytowani. Najmniejsze głupstwo może się w każdej chwili przerodzić w niezłą kłótnie. Krzyś przewracał się w nocy z boku na bok i mruczał - Jeszcze tylko dwie noce, dwie noce, dlaczego ja, dlaczego tu?



Zbiór bananów w Pillcopata.

Mnie spało się jednak nadspodziewanie dobrze. Wygląda na to, że w jakiś dziwny sposób udało mi się przyzwyczaić do tej niesamowitej "ścieżki dźwiękowej" towarzyszącej nam w dżungli na każdym kroku - to nieustanne, choć nigdy takie same, świstanie, chrzęszczenie, bzyczenie, syczenie, gwizdanie, trzaskanie i piszczenie. Chrząszcze i cykady słychać właściwie przez cały czas tylko z różnym natężeniem. Do tego podkładu dołączają różne ptaki i kto wie co jeszcze. Czasem jest w miarę cicho, po to tylko żeby chwilę później wszystkie odgłosy zabrzmiały jednocześnie jakby ptaki i owady postanowiły się nawzajem zagłuszyć. Eskalacja dźwięków następuje o zmierzchu, najciszej jest tuż przed wschodem słońca, kiedy słychać jedynie pohukiwanie sów i skrzek żab.

Dzień upływa nam na kolejnej wycieczce po rzece, podglądaniu jedzących wydr oraz obserwacji małp podczas kolejnego spaceru po lesie. Z powrotem w obozie czas na kolejny posiłek. Karmią nas tu tak dobrze, że czasami odnoszę wrażenie, że chcą nas odkarmić zanim nas sprzedadzą jakimś ludożercom. Dostajemy trzy wielkie posiłki dziennie, pomiędzy nimi jeszcze trochę słodyczy i owoców. Nie ruszamy się zbyt wiele, więc brzuchy nam tylko rosną. Trochę się boję o mój żołądek, ale śpię spokojnie, bo wiem, że natura o wszystko zadbała. Oje to drzewo, którego żywica ma własności przeczyszczające. Należy ją pomieszać z alkoholem i cukrem (ale w dobrych proporcjach, bo inaczej nas ta mikstura zabije) i wypić. Efekt gwałtowny i dwustronny. Opróżnienie układu pokarmowego gwarantowane.



Idąc przez dżunglę trzeba cały czas zadzierać głowe do góry.

Dzień 6 - niemiłe zapachy

Ubrania śmierdzą, namiot śmierdzi, śpiwór śmierdzi, o nas samych już wolę nie wspominać. Ale kto by myślał o takich drobnostkach po sześciu dniach ukropu i niemycia się? Wystarczy się polać kolejną dawką środka przeciwkomarowego i po krzyku. Zwijamy obóz. Krzyś jakby dostał skrzydeł. Czyżby się cieszył, że dziś wracamy do Cusco - on, co tak strasznie chciał do dżungli przyjechać? W sumie mu się nie dziwię - ja też już nie mogę się doczekać chłodu i suchego górskiego powietrza.

Płyniemy z powrotem do Boca Manu i w ostatniej chwili wpadamy na pas startowy lotniska (to znaczy na dużą trawiastą polanę w środku dżungli) gdzie już stoi samolot z włączonymi silnikami. Lot do Cusco zabiera jedyne czterdzieści minut. Szok klimatyczny i wysokościowy jest jeszcze większy niż w drodze do dżungli - nagle jest zimno i przy każdym kroku łapie zadyszka. Ale kto przejmowałby się takimi detalami, kiedy nareszcie się nie pocę i nie muszę oganiać od komarów!



Terminal na lotnisku w Boca Manu.

Czy było warto? Oczywiście, że tak! Dżungla na pewno wykańcza fizycznie i psychicznie, ale jednocześnie dostarcza nieskończonej ilości niezapomnianych wrażeń, które warte są trudów wyprawy. Jednego jestem jednak pewien - teraz, kiedy już tam byłem, nieprędko się ponownie wybiorę. Tym, którzy się zdecydują na wycieczkę, radzę wziąć ze sobą jak najwięcej ulubionych słodyczy. Nigdy nie będziecie ich mieli za dużo, gdy komary będą was zjadać żywcem, wilgoć będzie przenikać zawartość waszego plecaka, żaby nie będą dawać spać po nocach, wasze ubrania będą gniły w plastikowych torbach, a do powrotu będzie jeszcze ciągle kilka dni.

Więcej zdjęć:
http://community.webshots.com/user/pawel_d

Jeśli macie jakieś pytania, piszcie do mnie na adres:
pawel_dabrowski@yahoo.com
 

Paweł Dąbrowski
Foto: Krzysztof 'Marian' Marianiuk
PoloniaInfo (2003.04.20)



Więcej zdjęć


"Cloud forest" porasta wschodnie zbocza Andów.


Jabba The Hut? Nie, leśny muzyk koncertowy.


Rzeka Rio Alto Madre de Dios.


Tęczowy boa chętnie pozował do zdjęć.


W jeziorze żyją piranie i krokodyle


Dzikie świnie nie przejmowały się naszą obecnością


Jeden z wielu mieszkańców dżungli.


Mały kudłaty pajączek.


Chwila spokoju przed atakiem komarów.

 






💋💋💋 Para szuka atrakcyjnej dziewczyny do zabaw 💋💋💋 (Sztokholm)
Städ (Haninge)
Glazurnik (Täby)
Sprzątanie (Stockholm)
Szukam 2 pracowników do kostki brukowej (Norsborg )
Praca dla Kafelkarza Göteborg (Goteborg)
Brukarz!! Praca od zaraz! (Skåna)
Montowanie markiz, zaluzji itp (Huddinge)
Więcej





Kastellholmen.
Agnes na szwedzkiej ziemi
Nowy Staw – podróż w przeszłość.
Agnes na szwedzkiej ziemi
4 najpiękniejsze miejsca z kwitnącymi wiśniami w Sztokholmie.
Agnes na szwedzkiej ziemi
'Białe zęby' Zadie Smith - recenzja
Polska Mama Za Granicą
O Szwecji z Waszej perspektywy: Śladami Astrid
Szwecjoblog - blog o Szwecji
Nauczanie języka ojczystego w Szwecji - historia przedmiotu, dane, nauczyciele
Polska Mama Za Granicą
Herman Lindqvist "Przez Bałtyk"
Szwecjoblog - blog o Szwecji


Odwiedza nas 26 gości
oraz 2 użytkowników.


2022-02-05 Polski Stand-up w Sztokholmie: Bartosz Zalewski & Arkadiusz Jaksa https://t.co/GPhwkkIKLz
Wszystkie szczepionki przeciwko Covid-19 są bezpieczne i dokładnie przetestowane https://t.co/E5sUOUcFxS
Wszyscy, którzy ukończyli 18 lat, otrzymają propozycję szczepionki przeciwko COVID-19. https://t.co/wfDf3ZvTwb
2020-02-16 All Inclusive - przedstawienie teatralne https://t.co/ab0UqTsjrU
2020-02-16 All Inclusive - przedstawienie teatralne https://t.co/aqbzjleF5Z
Wiecej
Nie ma kozaka nad Polaka- niesamowite
Szwedzki „wstyd przed lataniem” napędza renesans podróży koleją
Katarzyna Tubylewicz: W Sztokholmie to, gdzie mieszkasz, zaskakująco dużo mówi o tym, kim jesteś
Migracja przemebluje Szwecję. Rosną notowania skrajnej prawicy
Szwedka, która wybrała Szczecin - Zaczęłam odczuwać, że to już nie jest mój kraj
Emigracja dała mi siłę i niezależność myślenia










© Copyright 2000-2022 PoloniaInfoNa górę strony