Odwiedzin 30557158
Dziś 2914
Piątek 23 sierpnia 2019

Reklama
 
 

Żyć i umrzeć... na szwedzkiej wsi

 
 

Tekst: Magdalena Hulu Mazurska
Foto: Michał Dzieciaszek

2009.05.29
 


Autorka tekstu na swojej Värmlandzkiej prowincji.

Wczesnym rankiem, opatulona w ciepłą kurtkę, czapkę i rękawiczki wychodzę z domu po drewno do kominka. Przedzieram się przez coś, co latem zazwyczaj pełni funkcję ogrodu, a teraz jest tylko zaśnieżoną połacią ziemi. Nawet kot sąsiadów przestał do nas przychodzić, bo nie może przedrzeć się przez śnieg. Kiedy udaje mi się rozpalić ogień, kulę się na fotelu przed kominkiem i przychodzi mi do głowy tekst piosenki, którą śpiewa Magnus Uggla: ”Dags att ta farväl av dödens ort, sticka upp till stan och bli något stort”. Czym różni się życie Polaka w mieście i na wsi? Czy wieś szwedzka to rzeczywiście miejsce pełne depresji i beznadziei? I jak radzą sobie tutaj Polacy?

Nie jest dla nikogo tajemnicą, iż zaludnienie Szwecji to 9 milionów osób. Pod względem powierzchni Polska jest mniejszym krajem, ale ma aż 40 milionów mieszkańców. Nie wszyscy jednak wiedzą, iż ludność szwedzka nie jest rozmieszczona równomiernie na terenie całego kraju. Aż 2 miliony mieszkańców skupia się wokół Sztokholmu (Stockholms län). Inne większe miasta to Göteborg i Malmö. Większość Polaków emigrujących do Szwecji osiedla się w dużych miastach. Tutaj jest łatwiej o pracę, polskie produkty żywnościowe, polską prasę. Sztokholm kusi również ogromną ilością imprez polonijnych i wydarzeń kulturalnych. W większym skupisku ludności łatwiej nawiązać nowe znajomości. A jak jest na wsi?



Osiedlając się w małym miasteczku, trzeba pamiętać, że na zawsze pozostanie się „inflyttad”, czyli osobą, która właśnie się wprowadziła. I nie gra tutaj roli kolor skóry czy narodowość, bo „inflyttad” nazywa się również Szwedów, którzy przeprowadzili się z odległości większej niż 50 kilometrów. Przecież cała reszta mieszka w miejscowości już od pokoleń! Nowa osoba pozostaje wystawiona na ciężką próbę. Każdy jej ruch jest bacznie obserwowany przez miejscową społeczność. Wszyscy inni się znają, wiec nie jest trudno wyłuskać z tłumu przybysza, nauczyć się jego imienia i oddać się przyjemności obserwacji.

„Nowy” zazwyczaj jest trochę przerażony, gdy po tygodniu wszyscy zaczynają pozdrawiać go na ulicy, a pani w sklepie uprzejmie zapytuje, czy dziecko, które opuściło wczoraj szkołę już jest zdrowe. Inny dylemat, to czy odmachiwać, czy nie, gdy kierowcy innych samochodów uporczywie nas pozdrawiają ruchem ręki. Odmachiwać. Mimo, że nie mamy pojęcia, kto to jest. Nieodmachiwanie jest uważane za snobizm.



Przybysz musi dostać etykietkę, mieszkańcy muszą go jakoś zaklasyfikować. Przede wszystkim chodzi o to, czy będzie określony jako normalny czy inny. Większość mieszkańców jest normalna. Mają pracę, czerwony domek, dwa samochody, trójkę dzieci i jednego kota. Innych jest niewielu. W mojej miejscowości inny jest hrabia Henrik. Mieszka w sporym domu z trzecią żoną i dość nieokreśloną ilością potomstwa, pochodzącą od żon i kochanek. Hrabia nigdy w życiu nie pracował, nie otwierał kopert z rachunkami, a cały czas spędził na sprawianiu sobie przyjemności. Henrik jest mistrzem wyprawiania przyjęć.

Inny jest również Ulf. Codziennie rano włóczy się po okolicy, z twarzą czerwoną od przepicia, w brudnych ubraniach. Mieszka w małym domku na rogu naszej ulicy.



Normalna jest Anna. Z mężem i trójką dzieci przypominających słodkie kociaki, zajmuje niewielkie gospodarstwo oddalone od centrum wsi. Żyją w sposób ekologiczny, czyli z tego co wyhodują. Teraz taka moda. Pijąc kiedyś ze mną herbatę, wyznała mi swój wstydliwy sekret. Zniżyła głos do szeptu, a jej oczy przybrały formę przerażonych talerzy: „Wiesz, bo ja, tak na prawdę urodziłam się w szpitalu w Danderyd. Cztery pierwsze lata mojego życia mieszkałam w stolicy. Nic nie pamiętam i nie mówię sztokholmskim dialektem. Tylko proszę, nie mów o tym nikomu.”

Zadziwiającą sprawą jest to, że Polacy przeprowadzający się na wieś szwedzką, uczą się w zastraszającym tempie języka szwedzkiego. Bo tutaj, jeśli nie umie się języka, to po prostu się nie istnieje. Aby dostać legalną pracę, należy znać język szwedzki, nie angielski. No a poza tym, do najbliżej mieszkającego Polaka jest 60 kilometrów, a rozmawiać z kimś trzeba.



Tubylcy wiedzą, że na wsi są dwa typy rodaków. Na typ pierwszy należy uważać. To sezonowi robotnicy, poszukujący pracy przy zbiorach. Najlepiej ich nie zaczepiać, bo zostanie się zasypanym prośbami o pomoc, której niestety, nie zawsze można udzielić. Nie wszyscy rozumieją, że mieszkając na wsi w domku, nie mamy możliwości prowadzić hotelu robotniczego dla zbieraczy runa leśnego. I niekoniecznie chcemy im pożyczyć pieniądze na bilet powrotny do Polski, albo nasz samochód. Pozostawmy te zadania konsulatowi.

Nie zapomnę, gdy kolega z pracy radośnie oświadczył mi pewnego dnia: ”Byłem w lesie. Bardzo daleko w lesie. Spotkałem Polaka. Zbierał grzyby”. Nie zrozumiałam do końca o co mu chodziło, ale domyślam się, że był po prostu dumny ze swoich międzynarodowych kontaktów.



Drugi typ Polaków to tacy, których jest znacznie mniej i chcą się tutaj osiedlić. Na takich należy „polować”, bo nie wiadomo, czy będzie jeszcze okazja się spotkać. Dużą część z nich stanowią lekarze, podstępnie wywiezieni z Polski na szwedzkie odludzie, w ramach różnych programów szwedzko-polskich. Kontakt z tego typu Polakami jest ważny, z kilku bardzo prostych powodów. Jeśli ma się dzieci, to warto podtrzymywać ich umiejętności porozumiewania się językiem polskim, a w małych, wiejskich miejscowościach nie ma szans na naukę języka ojczystego (wymagana jest co najmniej piątka dzieci mówiąca po polsku w tzw. komunie).

Czasami też warto jest po prostu spotkać się, pożartować czy spędzić jakieś polskie święto zgodnie z naszymi tradycjami. Oczywiście zawsze cenny jest kontakt z polskimi lekarzami, bo oni moga służyć bardziej praktyczną pomocą.



Po kilku latach mieszkania na wsi, zostaje się zazwyczaj zaakceptowanym. Zdobywa się przyjaciół, a sąsiedzkie rodziny zapraszają na kolacje. Wtedy dopiero zaczyna się doceniać szwedzką wieś. Przede wszystkim cisza i spokój, nieograniczona możliwość korzystania z natury: szlaków narciarskich, jezior, jazdy konnej czy po prostu spacerów po lesie. I można dać gwarancję pewności, że drugiego człowieka się w lesie nie spotka. Prędzej niedźwiedzia.

Niski wskaźnik przestępczości też ma swoje zalety. Nie trzeba zamykać samochodów (chyba, że w lecie, gdy przyjeżdżają turyści), skrzynki na gazety i listy są otwarte. A gdy ktoś podejrzany kręci się wokół domu, to sąsiad zawsze poinformuje.



Gdy oddaliśmy dziecko do szkoły w naszej miejscowości, było pierwszym dzieckiem nie znającym szwedzkiego, z którym nauczyciele mieli do czynienia. Spowodowało to pewne perturbacje (i co my mamy z nim zrobić!), jednakże po pewnym czasie dało dobre skutki. Został pupilkiem całej szkoły, a nauczyciele prześcigają się w uczeniu go szwedzkiego, jest to dla nich niesamowite przeżycie.

Nie można również pominąć tak istotnych drobiazgów, jak to, że na wsi powietrze jest czystsze i odczuwa się to poprzez rzadszą potrzebę mycia głowy czy czyszczenia uszu, niż w wielkim mieście.



Wieś żyje swoim rytmem, coroczne festiwale, imprezy czy zawody przyciągają turystów i wielkomiejski szum. W zimie otwarty jest tylko jeden pub i zazwyczaj spotyka się w nim tych samych ludzi. Trudno o to, aby swoją obecnością zaskoczyła nas nowa osoba.

Tutaj nie przyjeżdża się, aby się dorobić, czy zrobić karierę. Tutaj przyjeżdża się, aby żyć.

Komentarz autorki: tekst został napisany skrajnie subiektywnie i stronniczo.
 

Magdalena Hulu Mazurska
Foto: Michał Dzieciaszek
PoloniaInfo (2009.05.29)



Więcej zdjęć:









 






Airpool AB - Montaz Wentylacji / Izolacja (Stockholm/Eskillstuna)
Prace remontowe fasady - Karlstad (Karlstad )
Zlecę wykonanie schodów betonowych. (Tagarp)
Sprzatanie/praca (Stockholm)
Sprzatanie (Stockholm)
Renowacja okien (stockholm)
Praca przy remontach (Malmö)
Zatrudnię - kompleksowe remonty łazienek (Stockholm)
Więcej





Hallwylska, czyli jak mieszkała szwedzka arystokracja?
Gabi & the new direction
Prawo Jante, Sandemose i Springer
Szwecjoblog - blog o Szwecji
Obóz koncentracyjny w Mauthausen
Gabi & the new direction
Szwedzkie jedzenie - jak je wymówić?
Szwecjoblog - blog o Szwecji
Szalony weekend w Barcelonie.
Agnes na szwedzkiej ziemi
Koper, czyli baza wypadowa na słoweńskim wybrzeżu
Gabi & the new direction
Szwecja, Szwajcaria, Swederland?
Szwecjoblog - blog o Szwecji
Goliński składa hołd Moniuszce – koncert w Operze Królewskiej w Sztokholmie (2019.09.16)
 
Wystawa: 15 lat PL w UE (2019.07.11 - 2019.08.29)
Polskie filmy fabularne na Carl International Film Festival w Karlskronie (2019.08.23 - 2019.08.28)


Odwiedza nas 42 gości
oraz 0 użytkowników.


Nowa Toyota Camry Hybrid https://t.co/BmUJXvP1iF
2019-09-12 Kurs szwedzkiego dla początkujących w Ogniwie - spotkanie informujące https://t.co/JSqut7nOgc
2019-09-16 Goliński składa hołd Moniuszce – koncert w Operze Królewskiej w Sztokholmie https://t.co/JQyHIawrhp
2019-08-22 Klasyka polskiego filmu w kinie Capitol – Podwójne życie Weroniki https://t.co/jwMYCsu8S8
2019-08-13 Adam Bałdych i Elena Mîndru - koncert jazzowy na Stockholms Kulturfestival https://t.co/1bZ9caFLrU
Wiecej
Kolejny spec od Szwecji
Szwedzki „wstyd przed lataniem” napędza renesans podróży koleją
Katarzyna Tubylewicz: W Sztokholmie to, gdzie mieszkasz, zaskakująco dużo mówi o tym, kim jesteś
Migracja przemebluje Szwecję. Rosną notowania skrajnej prawicy
Szwedka, która wybrała Szczecin - Zaczęłam odczuwać, że to już nie jest mój kraj
Emigracja dała mi siłę i niezależność myślenia
Kurs szwedzkiego dla początkujących w Ogniwie - spotkanie informujące
Przygoda z ogrodnikiem - spektakl teatralny
Więcej










© Copyright 2000-2019 PoloniaInfoNa górę strony